A tak to się zaczęło...

Kiedy to się zaczęło 20, 30 lat temu?
W każdym razie chodziłam do trzeciej, albo czwartej klasy podstawówki kiedy poprosiłam mamę by nauczyła mnie dziergać. Jedyne druty jakie były w domu to druty do skarpet 2 mm i trochę jakiejś tam włóczki - resztek z jakiegoś swetra.

Mama nie robiła wtedy na drutach, miała jakąś kobietę, która dziergała na zamówienie. Nigdy nie wiedziałam co to będzie - wiedziałam, że dostanę sweterek z niebieskiego moheru, ale w jakim wzorze? Chyba nawet mama nie wiedziała. Może nie miała takich wymagań.
Chodziło tylko o to, żeby mieć coś, co można było na grzbiet wciągnąć.
takie to były dziwne czasy...


Wtedy to właśnie zapragnęłam dziergać sama i wiedzieć co wydziergam. Oczywiście sprawa wyboru włóczki była inną parą kaloszy - w latach kryzysu dziergało się z tego, co udało się upolować.

Pamiętam, że na początku wcale nie szło dobrze, druty były cienkie i niezgrabne, dziergałam bardzo ciasno, a oczka spadały wciąż z drugiej strony drutów. Druty śmierdziały na dodatek metalem - tego zapachu nie lubię do dzisiaj - no i dźwięk metalu kiedy druty dotykały się nawzajem wprawiał mnie o ciarki na plecach.

Zbyt wiele dziergania z tego nie wyszło - walczyłam kilka dni, byłam niezadowolona z drutów - miałam dostać nowe pod warunkiem, że będę kontynuować dzierganie - tak oto wpadłam w błędne koło. Nie dałam rady dziergać na tym co miałam i dlatego nie dostałam nowych drutów.

Zrezygnowałam...

Ratunkiem stały się prace ręczne w piątej klasie - musiałam dostać nowe druty - nie mogłam dziergać szalika na drutach do skarpet...

Dostałam, 3 mm z czerwonymi kulkami na końcach... Piękne, chromowane.
Druty, na których dziergałam ze 3 lata zanim zdobyłam nowe - 4 mm - z zielonymi kulkami na końcach. Aluminiowe - śmierdziały, ale cóż...
Żądza dziergania były tym razem silniejsza...