Drutoterapia....

Nie wiem jak u was, ale u mnie totalny śnieżny chaos.
Najpierw rano nie można było otworzyć drzwi, bo je przywiało. Jak już dokopaliśmy się do samochodu okazało się, że jeden z sąsiadów już był zakopany na ulicy, bo nie da się nią przejechać.

No więc mieszkańcy ulicy złapali za łopaty, by odśnieżyć ulicę (wiemy bowiem, że pług na naszą maleńką boczną uliczkę nie wjedzie przez dwa dni przy takich opadach). No ale skrzyżowanie było zatarasowane, bo tam stało już kilka zakopanych samochodów w śniegu na wysokość kół - więc jak wyjechać?

Nagle jak dobre wróżki pojawiło się kilku facetów w żółtych drogowych kamizelkach z łopatami i odkopali samochody. Tak szybko jak się pojawili, tak szybko zniknęli...
W tym czasie przeszłam się z psem odprowadzając córkę na autobus do szkoły. Psina musiała skakać, żeby jakoś posunąć się do przodu :)
Główna ulica była już jako tako odśnieżona/rozjeżdżona - no ale autobus nie przyjechał - ani jeden, ani drugi, ani trzeci. Większość rozeszła się do domów, część przebijała się dalej na pieszo. My wróciłyśmy.

Sąsiedzi odśnieżyli część drogi na tyle, by jakoś przejechać.
Weszłam na Internet - najpierw nie działał. Pomyślałam: "też zasypało". Weszłam na stronę szkoły i zaznaczłam, że dziecko nie zjawi się dzisiaj - szkoła leży pomiędzy takimi małymi uliczkami jak nasza, więc nawet nie było sensu próbować przebijać się tam samochodem.

Rozpaliłam w kominku, zawinęłam się w koc, za oknem nadal wiało śniegiem a w wentylacji huczał wiatr. Pies usadowił się w nogach, oparłam się wygodnie, złapałam za druty i ukoiłam się dzierganiem...
Cudowny dzień - to się nazywa drutoterapia....

Bardzo ciepło witam jako obserwatorów: Monia, Uria, Efa, ulaj oraz Stardust