Dziergam, czytam i łamię druty...

Muszę się przyznać, że wspólme czytanie i dzierganie z Maknetą mobilizuje mnie do robienia wpisu w każdą środę.
Inaczej może nie napisałybym nic, bo przecież dzierganie w polu i za bardzo nie ma czego pokazać. No może nie ma. A może jest. Odłożyłam poprzednie dzierganie i zabrałam się za UFOka. A UFOk był tak podły, że musiałam go spruć i zacząć całkiem od początku. I to zrobiłam, bo chcę mieć ten sweterek - a w poprzedniej formie był on po prostu za wąski.... No czasami mi także nie udaje się to liczenie oczek z próbki....

A UFOków pozbywamy się wspólnie na Facebooku tutaj w tym wydarzeniu. I ja naprawdę postanowiłam pozbyć się wszystkich i już do nich nie wracać. Czyli nauczyć się nieprodukowania UFOków.
Także dziergam go pilnie i zamierzam skończyć; by zabrać się za kolejnego.

Przy okazji słucham "Tre veckor" czyli "Trzy tygodnie" szwedzkiej Pisarki Birgitty Bergin. Książka jest super nieambitna - o rozwodach, o dzieciach i przyjaciółkach, zazdrości, kochance i tak szarym dniu codziennym, że aż przykro. Ale posłucham jej do końca, bo zostało mi niewiele i postanowiłam zaliczyć tę książkę.
Jest to ta sama autorka, której słuchałam ostatnio i stwierdzam, że zna ona tylko jeden rodzaj wina, bo znowu leje się ono strumieniami w książce, ale jakoś tak z wyrzutami sumienia i bez polotu...


Przy tym dzierganiu wydarzył się wypadek i połamał się drut.. Jestem w podróży i miałam ze sobą tylko jedną parę... Wczorajszy wieczór był nudny bez dziergania. Wręcz fatalny.
Ale na szczęście w mieście którym jestem - w Torrevieja jest sklep z włóczkami" Evas Garn & Mote" i dzierganie zostało uratowane.
A przy okazji zabrałam ze sobą kilka włóczek...
Bo jak można je było tak zostawić? ☺
Na skarpetki, na czapkę i na szydełkowe podkładki.