To już nie drutoterapia...

..., ale raczej drutomęczarnia.
Wczoraj po śniadaniu zaczęłam dziergać rękawy do mojego sweterka z myślą o ukończeniu go. Było tak cudownie przyjemnie w słoneczku, że dziergałam, dziergałam i dziergałam, aż zauważyłam, że rękawy wyszły za długie...
Po południu sprułam kawałek i zaczęłam znowu dziergać, siedziałam dość długo w nocy, żeby skończyć - choć jeden.
Jak dzisiaj rano go przyszyłam to ten okazał się... - za krótki..., no i kolory w ogóle razem nie pasowały.
Co zrobiłam? Rzuciłam w kąt na kanapę, bo mi siły odebrało. Po jakimś czasie usiadłam na tę kanapę, pod kupą dziergadła leżał drut, na który usiadłam, i który złamałam...
Wtedy już całkiem miałam dosyć...
Chyba odłożę tę robótkę na kilka dni, mimo, że bardzo, ale to bardzo chciałabym skończyć ten sweterk.