Ostatnio chusta bardzo ulubiona.

Powiem tak: ten wzór mi chwilami bokami wychodził - podczas jego pisania. Układ oczek na brzegu przy rozszerzaniu się chusty testowałam chyba więcej niż 10 razy. I te niby szaliki wyglądały bardzo śmiesznie. Zabrało mi to też sporo czasu, ale doszłam w końcu do momentu, w którym oczka się ładnie zgadzały. Nigdy nie było oczek za mało. lub za dużo. A główne oczka jodełki przypadały dokładnie tuż obok narzutu w tym miejscu, a nie na nim.

Tak. Może się komuś wydawać, że co tam - ten ścieg jodełki jest przecież prosty. Oczywiście, że tak - dopóki robi się go w prostokącie, a nie w trójkącie.
Ale ja zamarzyłam sobie o trójkącie i go w końcu okiełznęłam.


Ale zacznijmy od pomysłu i historii chusty.

Chusta jest zaprojektowana we współpracy z Moniką z Comeragh Yarns and Fibre Ireland. Monika zaproponowała włóczkę Crazy Ladybird a ja w momencie kiedy na nią spojrzałam dopatrzyłam się ciekawego w niej koloru i poprosiłam o dofarbowanie jeszcze jednego motka właśnie z przewagą tegoż koloru. I tak oto powstał także motek Sweetest thing.
A obrazy chusty, która miała powstać z tychże moteczków zaczęły przewijać się jak w kalejdoskopie w mojej wyobraźni.

Nie było już żadnych wątpliwości. Powstanie z nich Oleander w cieniowane pasy. Kolory były typowo oleandrowe. A Oleander od mojej pierwszej podróży do Grecji stał się jednym z moich ulubionych kwiatów.

Miałam także wtedy wkrótce jechać do Hiszpanii. Więc wiedziałam, że tam będę dziergać chustę. I tam też powstaną jej piękne zdjęcia na tle Oleandrów.

Jednak zanim nazwę oficjalnie jakiś projekt sprawdzam zawsze na Ravelry czy taka nazwa już istniała. Oleander istniał już w kilku odsłonach niestety...
Mogłam zrezygnować, załamać ręce, wyrzucić druty przez okno. Ale wtedy nie byłabym sobą. Kiedyś w dzieciństwie bowiem napisałam na pierwszej stronie mojej ulubionej książki, którą mam do dzisiaj: Nigdy się nie poddawaj.
I tak już zostało.

Mój kalejdoskop ponownie zaczął się kręcić: oleander, lato, zdjęcia, Hiszpania.
Jak jest Oleander w języku hiszpańskim? Bingo! Adelfa.

I tak oto narodziła się Adelfa.


Adelfa się wydziergała po wielu pruciach. Także przetestowała.
I kilka dni temu wzór ujrzał światło dzienne.

Patrząc na moje zdjęcia i na letnie powiązania chusty może się wydawać, że jest to chusta typowo letnia. Ale to wszystko zależy z jakiej włóczki będzie na wydziergana.
Np. Monika wydziergała ją w szarościach. Ola w zieleni. I wtedy pasuje ona na każdą porę roku. A ponieważ włóczki Moniki nie tylko są piękne, ale także przytulne taką chustą można się otulić o każdej porze roku.  

Zdjęcia zobaczyć można tutaj na Ravelry.


Wracając do technicznych danych to chusta Adelfa zrobiona jest na drutach 3,5 mm. Włóczka to ręcznie farbowana włóczka skarpetkowa z Comeragh Yarns and Fibre Ireland. 2 motki w podobnych cieniowanych kolorach. W jednym motku 400 g.
Chustę można zrobić mniejszą rezygnując z kilku powtórzeń na przykład. Można też ją wydziergać olbrzymią dodając kilka powtórzeń przed ozdobnym kantem. Oczywiście wtedy potrzebne jest więcej włóczki w tych samych kolorach.

Wzór jest dostępny w języku polskim z polskimi oznaczeniami, języku polskim z angielskimi oznaczeniami tutaj w moim sklepie byiwona.
A także w języku angielskim na Ravelry.

Obecnie otrzymać można 25% zniżki na wzór wpisując w kasie kod ADELFA. (Zarówno w sklepie jak i na Ravelry). Ale tylko dla wtajemniczonych, czyli Was czytelników mojego bloga. I tylko do jutra wtorku 13 listopada godziny 23:59 czasu warszawskiego.
Także nie strać okazji i zaopatrz się w ten piękny wzór TUTAJ.

Miłego dziergania! 💜





Farbowanie wełny naturalnymi barwnikami jest stare jak świat.
W dawnych czasach szukaliśmy po prostu rozwiązań w otaczającej nas naturze, dzisiaj natomiast szukamy ich na półkach sklepowych.
Może trochę szkoda ponieważ przyroda ma do zaofiarowania tak wiele, a na dodatek są to zazwyczaj zdrowe i przyjazne dla naszego zmaltretowanego środowiska sposoby.

I tak właśnie w naturze istnieją także barwniki do farbowania wełny.
Takie naturalne barwniki dają nam ciekawe, bardzo naturalne kolory. A kombinacji kolorystycznych jest mnóstwo.

I do tego każdy z kolorów może być dla nas troszeczkę niespodzianką - zwłaszcza na początku naszej przygody z farbowaniem zanim nauczymy się odmierzać i obliczać ilość i natężenie barwnika.

Ja bardzo lubię takie lekkie niespodzianki - kiedy to wiem mniej więcej jaki wyjdzie kolor, ale jednak nie tak zupełnie do końca.

Tak właśnie było podczas poniższego farbowania poniższych włóczek.

We współpracy z Biferno.pl farbowałam oraz dziergałam projekt z nowych włóczek firmy Arvier.
Jest to włóczka 100 % merino - 100 g (400 m) w motku, którą można nabyć tutaj w pakiecie z naturalnym barwnikiem do pofarbowania tej włóczki.

Tak, bo można oczywiście biegać po łąkach i lasach i zbierać barwniki, ale można też nabyć je razem z włóczką jeśli nie wiemy ile, jak i gdzie. Na dodatek nie każde farbki rosną w naszych szerokościach geograficznych. I nie zawsze za rogiem rośnie nasz ulubiony kolor.

Zdecydowałam się na kolor fioletowo-liliowy ponieważ te odcienie bardzo lubię.

I tak oto w paczce znalazłam motek włóczki oraz barwnik w postaci wiórków drewna w kolorze rdzawo-czerwonym. Chętnie zabrałam się do pracy, ponieważ chciałam bardzo zobaczyć jaki wyjdzie ostateczny kolor. Zwłaszcza, że postanowiłam uzyskać dwa różne odcienie z tego samego barwnika - ciemniejszy, oraz jaśniejszy.




Oprócz włóczki i barwnika znajdują się w pakiecie torebki z innymi składnikami.
Jest to ałun potasowy oraz winian potasu sodu - sole potrzebne do zahartowania włóczki w procesie farbowania. Torebki zawierają dokładne ilości na 100 g włóczki.


Jak farbujemy?

A. Dzień przed farbowaniem:
1. Wieczorem moczymy wełnę w misce z wodą w temperaturze pokojowej (tyle, by włóczka była dokładnie pokryta wodą) w celu jej dokładnego namoczenia. Eliminujemy w ten sposób z włókien powietrze, by nitka przyjęła dobrze kolor. Pozostawiamy na noc w kąpieli wodnej.
2. Moczymy barwnik w gorącej wodzie w garnku ze stali. Pozostawiamy na noc.




B. Dzień farbowania:

1. Gotujemy zmoczony barwnik w garnku ze stali około godziny ewentualnie uzupełniając ilość wody.  (W całym procesie farbowania używamy garnków ze stali).




2. Pozostawiamy do ostudzenia i odcedzamy barwnik.


3. Rozpuszczamy obie torebki z solą w wodzie, w garnku ze stali.


3. Przygotowujem stalowy garnek mieszczący 5 l wody. Wlewamy do niego rozczyn soli.


4. Woda w garnku musi być temperatury pokojowej. Sprawdzamy, by nie była za gorąca, ani za zimna. Różnice w temperaturze wody i włóczki mogą spowodować jej sfilcowanie się.



5. Wkładamy do garnka delikatnie mokrą włóczkę, która jest w takiej samej temperaturze, co woda w garnku.


6. Gotujemy na mniejszym ogniu włóczkę w roztworze solnym około 1 godz. Woda nie powinna wrzeć. jej temperatura podczas gotowania powinna wynosić 80 - 90 stopni.
7. Po godzinie pozostawiamy włóczkę do ostygnięcia do temperatury pokojowej.


8. Przygotowujemy barwnik w dużym garnku w 5 l wody. Wkładamy delikatnie wilgotną włóczkę do kąpieli barwnej, która jest w takiej samej temperaturze, co włóczka.




9. Podczas gotowania możemy zamieszać włóczkę bardzo delikatnie, by rozmieścić równo kolor. Uważamy jednak, by jej nie poplątać.


10. Gotujemy około godziny w temperaturze 80 - 90 stopni.


11. Pozostawiamy do ostudzenia do temperatury pokojowej.
12. Płuczemy włóczkę w wodzie o takiej samej temperaturze, co włóczka.


12. Ja powtórzyłam proces farbowania raz jeszcze na jeszcze jednym motku włóczki (100 g) dodawając jednak mniej barwnika w celu uzyskania jaśniejszego koloru włóczki.
Następnie odstawiłam do wystudzenia i wypłukałam tak samo jak poprzedni motek.




13. Suszymy włóczki rozwieszając je swobodnie.


14. A następnie zwijamy w precelki i gotowe.
Oto dwa motki 100 % wełny merino z Silke Arvier farbowanej w barwniku pochodzącym z drewna Campeggio. Barwnika całkiem naturalnego i przyjaznego środowisku. Bez chemii dla nas samych i dla przyrody. I na pewno przyjemniejsze dla skóry niż wiele innych włóczek farbowanych chemicznie.



Na koniec dodam, że jestem bardzo zadowolona z samego procesu farbowania. Nowa przygoda i wcale nie taka skomplikowana jakby mogło się wydawać.
Kolory wyszły także prawie takie jakich oczekiwałam. Piszę "prawie" ponieważ miałam oczekiwania jeśli chodzi o gamę kolorów, ale nie o konkretny kolor. Chciałam jeden jaśniejszy, drugi ciemniejszy w udało się to osiągnąć używając tego samego barwnika.
Do tego włóczka jest miękka i przyjemna. Jeszcze bardziej miękka zrobiła się po wypraniu i zblokowaniu gotowego projektu.

Wełna farbowana naturalnymi barwnikami może zmieniać trochę odcień - przede wszystkim w słońcu - zauważyłam to już podczas dziergania. Kolor z wierzchu kłębka stał się trochę przygaszony. Ale to nadało jeszcze ciekawszego charakteru włóczce - lekkie cieniowanie jest bardzo ładne.

I to uczucie powrotu do natury. Przyznam się szczerze, że ostatnio coraz bardziej je lubię i powracam tam tak często, na ile możliwości mi na to pozwalają.

Gdzie można zaopatrzyć się w tę włóczkę?
W Biferno.pl. Istnieje możliwość wyboru barwnika. Pamiętaj, że ja z jednego barwnika otrzymałam dwa odcienie kolorystyczne. Więc możliwości są wielkie.
Jeśli zakupisz ten pakiet i ufarbujesz włóczkę chętnie zobaczę jakie odcienie uzyskałaś - wpisz poniżej w komentarzu. To bardzo ekscytujące zobaczenie jakie kolory mogą wyjść u różnych osób, bo tak jak różnie dziergamy, tak też na pewno różnie barwimy.
Przejdź tutaj do Biferno i zobacz te włóczki.

Tak, nie dziergam dzisiaj z akrylu.
Tak, wcześniej dziergałam.
Na sam widok włóczek akrylowych robi mi się jakoś tak niespecjalnie.
Toleruję jednak domieszki akrylu do innych włóczek w niektórych przypadkach. I tak, wiem, tutaj przymykam oko. A może jednak powinnam być konsekwentna. Może powinnam, ale nie jestem.
Może wynika to z tego, że jestem wzrokowcem, a akrylu w domieszce nie widać. I co najważniejsze najczęściej nawet nie czuć.

Ale zacznijmy od początku.

Kiedyś kupowałam włóczki akrylowe - dlatego, że były tanie, i dlatego, że w ogóle nie znałam się na włóknach. Owszem wiedziałam, że jest wełna, bawełna i jedwab. Reszta była mi bardzo obca.
Nie wiedziałam co to jest superwash, merino, alpaca.
Za bawełną nie przepadałam ponieważ nie nadawała się na zimowe ubrania, rozwlekała się na dodatek i była jakaś taka sznurkowa. Jedwab był śliski i też taki niezimowy. No a wełna była ciężka i gryzła.
Akryl był pulchny, miły i lekko połyskliwy. Nie lubiłam włochatego akrylu, bardzo się mechacił. Ale taki zwykły może nie, że lubiłam, tolerowałam.

Moja wiedza na temat włóczek wrastała razem z latami dziergania, zmianami na rynku i rozwojem internetu.

Przypadkiem zgadałam się z dziewczyną sprowadzającą włóczki w Włoch i kupiłam od niej dość tanio 700 m kaszmiru w postaci włóczki lace czyli cienizny na chusty.
Jakoś panowało wtedy szaleństwo na chusty mgiełki, któremu i ja niewątpliwie uległam.
Kaszmir ten był lekki, delikatny, zwiewny i prawie go w ogóle nie było. Nitka była tak cienka, że ledwo dawała załapać się na drut.
Ale wydziergałam chustę, która od razu stała się moją uwielbianą ze wzglęu na ten dotyk miękkości i niesamowitą delikatność.


Więcej zdjęć tej chusty można zobaczyć na moim koncie na Ravelry tutaj.

Potem zaczęłam odkrywać inne włóczki,  między innymi ręcznie farbowaną włóczkę Madame, która w składzie ma 55 % jedwabiu i 45 % kaszmiru, z której powstała moja chusta Aunt Azura.
Uwielbiam tę chustę być może nie tylko ze względu na wzór, ale także na włóczkę. Ten dotyk, ten blask i ta leistość materiału jest po prostu nie do pobicia.


Jakkolwiek zdarzyło mi się dziergnąć coś z akrylu. Miałam w moich zasobach i szkoda było mi wyrzucić. Dzisiaj widzę, że szkoda, że było mi szkoda, ponieważ i tak nie noszę.

W ten sposób zmajstrowałam czapkę Altea, według mojego wzoru, który jest do pobrania.
Bo chciałam wydziergać jeszcze jedną, a akurat nie miałam innej pasującej grubości włóczki, a nie chciało mi się czekać na ewentualną przesyłkę.
To nie był dobry pomysł. Nie noszę tej czapki. Chociaż bardzo lubię ten wzór.



Nie lubię dotyku akrylu. 
Włóczka akrylowa jest produkowany z syntetycznych włókiem tekstylnych produkowanych z poliakrylonitrylu czyli tworzywa sztucznego. Czyli w ludzkim języku plastiku.

Nie lubię plastiku. Tzn. toleruję niektóre wykonane z niego produkty, ale tylko niektóre. Nie lubię jeść z plastiku i plastikiem, ani się w niego ubierać. Nie jestem robotem. Jestem człowiekiem, a człowiek jest częścią natury.
Plastik nie jest produktem naturalnym, uzyskiwany jest w procesie chemicznym. Plastik nie jest miły dla skóry, plastik nie oddycha. W końcu na końcu plastik zaśmieca nasze środowisko i w nim zostaje ponieważ nie rozkłada się w naturze.

Nasza planeta jest zaśmiecona plastikowymi torbami, plastikowymi butelkami i do tego ma być jeszcze zaśmiecona plastikową odzieżą? Tak, takiej odzieży jest pełno. I problemem nie jest tylko to, co zrobić z takową starą odzieżą. Problemem jest to, że podczas jej używania, a także prania, włókna akrylowe mikroskopijnej wielkości oddzielają się i spływają do wody bieżącej. Są one tak małe, że żadna oczyszczalnia nie jest w stanie ich odfiltrować, więc trafiają one do wody, którą my nie tylko się myjemy, ale także, którą pijemy.
A potem okładają się w naszych organach i tworzą warstwy być może niebezpieczne dla naszego zdrowia. Nie jestem robotem. Jestem człowiekiem i nie potrzebuję plastiku w moim organiźmie.

Podobnie włókna z włóczek naturalnych są rozkładane w naturze, bo od początku do końca są częścią natury. Więc nie są one niebezpieczne dla zdrowia i środowiska.

Ktoś może powiedzieć, że nie, że to wełna nie jest eko, bo zmusza do zwiększania produkcji owiec, bo one muszą jeść, bo wydzielają dwutlenek węgla, który jest zagrożeniem dla naszej planety. Bo zwierzęta są źle traktowane, bo to, bo tamto.

Nieprawda. Owca jest częścią natury. Owce istniały od zawsze, od zawsze jadły i od zawsze wydzielały dwutlenek węgla. Są stworzone tak, a nie inaczej, by dawały wełnę ludziom. W naturze wszystko jest tak zorganizowane, by potrzebowało się nawzajem.

Tak. Są niestety ludzie, którzy źle traktują owce, Są ludzie, którzy źle traktują inne zwierzęta. Są ludzie, którzy źle traktują ludzi. Przestaniemy kupować prawdziwą wełnę, zabierzemy im owce przeniosą się ci ludzie na coś innego, ponieważ czują oni potrzebę złego traktowania czegoś, czy też kogoś.
Możemy natomiast czytać, czy włóczka, którą kupujemy pochodzi z przyjaznych zwierzętom hodowli i takie preferować.
Tak. Niestety nie zawsze można to sprawdzić. Ale róbmy to na miarę, na jaką możemy.

Ja wybieram naturalne włókna, staram się nie zaśmiecać mojej planety na tyle, na ile mogę. 
Lubię takie spotkania jak Drutozlot. Jeszcze klika lat temu wydawało się, że jest trudno spotkać inne osoby, które robią na drutach. Potem pojawił się internet i nagle dzięki internetowi spotkania w realu stały się większe i bardzo zaludnione. Wręcz pełne energii i po prostu fantastyczne.

Część osób poznaje się od razu. Mimo iż znamy się do tej pory tylko ze zdjęć powitania są bardzo naturalne: Ach, to ty! Tak, jakbyśmy znały się od wielu lat.
Część osób poznaje się dopiero na Drutozlocie. I te spotkania są bardzo piękne.
Część osób niestety się mija. Drutozlot jest coraz większy, coraz intensywniejszy i albo się mijamy w tłumie, albo z wrażenia zapominamy, kogo jeszcze nie spotkaliśmy.

Ja szczere mówiąc byłam bardzo podekscytowana, mimo iż to nie był mój pierwszy Drutozlot i mimo iż organizatorzy są mi bardzo znani. To podekscytowanie zaowocowało tym, że wiele osób przegapiłam. W pewnym momencie chodziłam przytłoczona niesamowitym wyborem pięknych włóczek i nie mogłam się na żadną zdecydować. Wszystkiego było za dużo.



W końcu wybrałam kilka motków z 7oczek, jeden motek z Dye Dye Done. (patrząc od prawej strony zdjęcia). Odebrałam swoje sznurkowe zamówienie z Mila Druciarnia. Już wtedy czułam, że moja walizka będzie pełna. Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że w konkursie wygram także sznurek i szydełka - grubasy z KnitPL.
Dziękuję wszystkim za piękne włóczki i sznurki!

Także Drutozlot okazał się dla mnie bogaty w sznurek. Chyba w takim razie rozpocznę nową karierę - szydełkową tym razem.

Do tego doszły jeszcze prezenty.  od Asi piękny worek na robótki z delikatnym haftem oraz włóczka skarpetkowa od Reni. Bardzo dziękuję za pamięć.

Odebrałam jeszcze jedno zamówienie, a mianowicie super fajną torebkę na robótkę podczas aktywnego spaceru od Basi-Urbasi. Teraz mogę chodzić i dziergać! Torebka jest piękna. Pięknie dobrany materiał i wykonanie idealne. A na dodatek moja torebka ma także dodatkową kieszonkę na druty i markery np. Dziękuję Basiu za to cudo!

A teraz migawki z Drutozlotu. Przede wszystkim włóczki i torebki. Zdjęcia zrobione wcześnie rano, tuż przed otwarciem więc jeszcze pełno było na stołach. Potem było ich coraz mniej, i coraz mniej.

Po powrocie z Drutozlotu poczułam niedosyt, że kupiłam tak mało włóczek.
Było przecież tyle piękności i mogłam zakosztować w wielu włóczkach. Jednak było ich tyle, że miałam trudności z wyborem. Żałuję trochę i obiecuję poprawę na kolejnym Drutozlocie.

Na zdjęciu poniżej włóczki z Biferno.pl. Były całe gamy kolorystyczne cudownych włóczek, nowości, druty, katalogi. I nie powiem - zamówiłam sobie ciekawą włóczkę, ale o niej dopiero jak nadejdzie. Spotkałam także Basię. 









Na imprezie prowadziłam także warsztaty na temat robienia od palców dwóch skarpetek jednocześnie. Uczennice były bardzo pojęte i teraz szuflady, szafy, Ravelry i konta społecznościowe zostaną zasypane mnóstwem skarpetek.

Dziergałyśmy bardzo małe skarpetki, by się z nimi wyrobić w czasie.
Powstały wspaniałe cukiereczki. Na zdjęciu skarpetulki w wykonaniu Izabeli z Powłóczmy się.
Są po prostu urocze.

Dziękuję bardzo dziewczyny za udział w moich warsztatach!
Dziękuję organizatorom: Hani, Magdzie i Gosi za zorganizowanie tych warsztatów na tak wspaniałej imprezie i za zaproszenie mnie do ich prowadzenia.


Jeśli też chcesz nauczyć się dziergać skarpety od palców, ale nie miałaś możliwości wziąć udziału w warsztatach, albo nawet Drutozlocie zapraszam do pobrania mojego kursu skarpetkowego: Kurs skarpet od placów. 




Jeśli jest się osobą robiącą na drutach to wiele osób pyta jak nauczyć się robić na drutach.
Trudno jest wytłumaczyć robienie na drutach na odległość słowami, ale wpadłam kiedyś na pomysł, by na filmach wideo pokazać moje ręce przerabiające oczka, a do tego jeszcze wytłumaczyć słowami kolejne ruchy.

Tak kilka lat temu zrodził się pomysł, by nagrać kurs, w którym pokazuję jak nauczyć się robić na drutach.
Kiedy przygotowywałam i publikowałam ten kurs nie przypuszczałam, że stanie się on tak bardzo popularny. Myślałam wtedy, że jeśli pomoże on kilku osobom nauczyć się robić na drutach będzie mi miło. Ale od tamtej pory na kurs zapisało się około 5 tysięcy osób. A ja niemal każdego dnia otrzymuję podziękowania za to, że dzięki temu kursowi ktoś nauczył się, ktoś podszkolił się, ktoś przypomniał sobie, lub ktoś powrócił do robienia na drutach.

A dla nauczyciela jest to najlepsza nagroda. Dziękuję Wam bardzo za wszystkie ciepłe słowa - w mejlach, na Facebooku, Instagramie, czy też przekazywane osobiście. ♥
Jeśli chcesz poznać, co mówią inni przeczytaj tutaj we opinie o kursie.

A jeśli po prostu chcesz nauczyć się robić na drutach wypełnij poniższy formularz.


Jeszcze dzisiaj otrzymasz dwie pierwsze lekcje. A następnie kolejne będą przychodzić co cztery dni.
A jeśli masz jakieś pytania napisz do mnie odpowiadając po prostu na adres zawarty w lekcji.

Życzę powodzenia i dobrej zabawy!

Moje projekty zbierały się w ciągu ostatniego roku na kupkę. Nie pokazywałam ich z myślą, że będą do nich najpierw wzory. Ale jak pisałam dwa dni temu z różnych powodów wzory te jeszcze nie powstały.
Jednak muszę wszystko dokładnie pokazać.

I oto na pierwszy ogień idzie sweter rozpinany, który dziergałam na poprzednim Drutozlocie czyli w sierpniu 2016 roku. Może ktoś pamięta, a może nie. Wiele osób pytało co to za fajna włóczka. A powiem, że rzeczywiście fajna jest.

Włóczka to Scheepjes Stone Washed z Kokardka.pl. Ciekawa mieszanka 70% bawełny i 30% akrylu. Bardzo miękka, a i farbowanie jej jest ciekawe, kolory wyglądają jak sprane i dają fajny efekt.

Robiło się z niej bardzo dobrze, bo włóczka jest trochę grubsza i druty 4,5 mm to dla mnie druty grube. Nie robię na nich często, ale czasami można odpocząć od cienizny.



Lubiłam robić ten sweterek, niestety włóczka ta jest mało wydajna i wciąż brakowało mi nitki. Najgorsze, że nie mogłam dokończyć, bo robiłam na urlopie w czasie podróży przez Europę. Szukałam włóczki w różnych włóczkowych sklepach po drodze, ale nigdzie jej nie było.

Zmieniałam koncept kilka razy, by dołożyć włóczki zielonej, której było pod dostatkiem, ale źle wyglądało. W końcu sprułam, wróciłam do pierworodnego pomysłu, skróciłam jednak sweterek, a zdjęcia w mojej ulubionej scenerii zrobiłam bez dokończonych rękawów.

Na poniższym zdjęciu troszeczkę to widać - chociaż oczywiście starałam się ten fakt ukryć.


Cały sweter to jego tył. Uwielbiam te plecy.
Kiedy zobaczyłam tę trochę cieniowaną włóczkę to zobaczyłam tęczę na plecach swetra. Co prawda tęcza tego swetra nie jest w tęczowych kolorach. Ale wiedziałam, że będzie to tęcza. Cieniowana, zachodząca na siebie, radosna.

W końcu udało mi się też sweter dokończyć. Brakowało przez cały czas szarego koloru. No cóż nie dziergam często z grubszych włóczek i zapominam, że są one mniej wydajne. Poza tym źle obliczyłam zużycie kolorów. Został mi zielony, brakowało pomarańczowego.


Wybór guzików był jednoznaczny. Zielone, lub pomarańczowe. Znalazłam idealne, niedrogie, zapomniane w pasmanterii na najniższej półce. Czekające na mnie i na tęczowy sweterek.



A teraz małe podsumowanie:
Wzór: mój własny, zamierzam napisać wzór.
Włóczka: Sheepjess Stone Washed z Kokardka.pl - polecam i sklep Kokardka ze wspaniałą obsługą, i tę włóczkę.
Druty: 4 i 4,5 mm
Czas dziergania: całe wieki - powód prucie.

Więcej zdjęć na stronie projektu na Ravelry.


Tak. W tym roku będzie ponownie Drutozlot.
I ja tam będę. A Ty?


Kto był w ubiegłym roku, lub dwa lata temu wie, co oznacza Drutozlot. I że warto na nim się pojawić. W tym roku bawimy się 9 września w Toruniu.

Drutozlot to spotkanie zadrutowanych i zawłóczkowanych osób. To jest po prostu niepowatarzalne święto dla nas uwielbiających robienie na drutach, ale oczywiście i szydełkowe osoby są mile widziane.

Ubiegłoroczny 2016 Drutozlot był dla mnie pierwszym. Dla osób, które uważają, że Toruń jest za daleko dodam, że ja przyjeżdżam na to spotkanie ze Sztokholmu.
Ale jak tu odmówić spotkania z wszystkimi wspaniałymi druciarami, które znam inaczej wirtualnie? Koniecznie trzeba wypić z nimi kawę, zjeść ciacho, wspólnie pomacać włóczki i nie przerobić ani jednego oczka..., ponieważ trzeba porozmawiać i pośmiać się ze wszystkimi, albo chociaż z dużą ich częścią. To są wspaniałe spotkania i odkrycia, niesamowicie, że można się poznać od razu, mimo iż w większości znamy się tylko ze zdjęć. I towarzyszy temu uczucie jak byśmy znały się od zawsze i od dawien dawna.

W tym roku obiecuję przerobić oczka.
A to tylko dlatego, że jestem w gronie pedagogicznym i będę uczyć robienia skarpetek - od palców, magic loopem. A jak tu uczyć bez pokazania jak narzucamy oczka? Jak wyrabiamy piętę? Jak przerabiamy magic loop? No nie można.
A będę pokazywać te trudniejsze elementy własnoręcznie.

Tutaj można przeczytać więcej na ten temat warsztatów.
 Na dzień dzisiejszy warsztaty są wyprzedane.
Ale sam Drutozlot można jeszcze odwiedzić, przeczytać więcej i kupić bilety można na stronie drutozlot.pl.


A jeśli ktoś nie umie jeszcze robić skarpetek od palców. A chciałby się tego nauczyć, ale nie zdążył zapisać się na warsztaty zapraszam do zaopatrzenia się w mój skarpetkowy kurs Kurs robienia skarpet od palców, w którym krok po kroku pokazuję jak robić skarpetki od palców.
Kurs zawiera kilka sposobów narzucania oczek na palce, kilka rodzajów pięt, kilka rozwiązań zamykania oczek.

Przeczytaj więcej klikając na Kurs robienia skarpet od palców i naucz się, bo warto.


Ostatnio bardzo mało pokazywałam. Ale nie dlatego, że nic nie robiłam. Dziergałam oczywiście. I swetry na drutach, i chusty na drutach.
Ale...
Chowałam je do lamusa.
Albo kładłam na wyższą półkę, jak kto woli.
Albo może odkładałam na lepsze czasy.

Owe lepsze czasy miały być pisaniem i publikowaniem wzorów.
Niestety z wielu różnych błahych lub bardziej poważnych powodów ani owe swetry, ani też chusty na drutach nie doczekały się jeszcze opisów.

Przez cały czas żyję jednak w postanowieniu napisania owych wzorów i przyłączenia ich do kolekcji innych projektów w moim sklepie by iwona, ale, ale....
Sam ten fakt bardzo mnie stresuje i w wyniku terapii odstresowującej postanowiłam ujawnić publicznie moje udziergi i naprawdę odłożyć wszystko na półkę, a nie trzymać w koszyku w oczekiwaniu na...
Więc jak napiszę do nich wzór w przyszłości to po prostu będzie.
A jak nie, to nie będzie.

Zebrała się tego spora kupka.


Są tutaj bluzki, swetry i chusty na drutach.

Są trzy chusty. I wzory do tych chust będą. Będą na pewno, bo do dwóch z nich już się piszą.
Po prawej stronie na górze jest letnia bluzka na drutach z Puro Lino. Do niej opis już wkrótce będzie dostępny. Na razie jest w fazie testowania.
Są jeszcze inne dwie bluzki i cztery swetry. Te będę tutaj na blogu po kolei pokazywać.
Wszystkie są obfocone więc dlaczego nie? A jak czas i sytuacje pozwolą będą pewnego pięknego dnia opisy.

A w między czasie będę dziergać nowości. Mam mnóstwo pomysłów, ale jednocześnie zamierzam dziergać ze wzorów innych projektantek - w celu odstresowania. W końcu najbardziej ze wszystkiego lubię dziergać. A dzierganie według gotowego wzoru jest przyjemnością. Nie trzeba za wiele myśleć i kombinować. Tylko dziergać. Prawe, lewe, narzuty, oczka skrzyżowane itd...
Po prostu na to zasłużyłam.

A Wy lubicie dziergać według gotowych wzorów, czy też wolicie kombinować po swojemu?
W najbliższą sobotę jest Światowy Dzień Dziergania w Miejscach Publicznych.
Dzień ten przypada zawsze w drugą sobotę czerwca - jest to święto ruchome - zawsze w sobotę, by było łatwiej się spotkać.

Czy będziecie brać udział w jakimś zorganizowanym dzierganiu? Gdzieś w większej grupie? W parku? W kawiarni? Na schodach? Na rynku? Czy też w innym publicznym miejscu?

Jeśli tak to koniecznie zróbcie zdjęcia i wklejcie tutaj w wydarzeniu na Facebooku gdzie przy okazji można wygrać książkę robótkową - ze splotami do robienia na drutach lub książkę szydełkową. Koniecznie zróbcie zdjęcia i pokażcie gdzie i jak dziergaliście. Będzie bardzo przyjemnie pooglądać takie zdjęcia i nacieszyć oko, że tyle osób dzierga i ta wspaniała dyscyplina sportowa jest taka popularna. Dyscyplina sportowa ponieważ przecież jest ruch i spalanie kalorii podczas dziergania.


Ja dziergam wszędzie, zawsze mam ze sobą robótkę. I czy jest to kawiarnia, restauracja, pociąg, lotnisko, samolot, park, czy też plaża wyciągam mój projekt i przerabiam kilka oczek lub rządków. Moja rodzina i znajomi przyzwyczaili się do tego, że mam zawsze zajęte ręce.

Przy okazji tego dnia można wygrać książkę jak pisałam powyżej, ale jeśli ktoś nie chce czekać to do 14 czerwca Wydawnictwo RM, które owe robótkowe książki na konkurs ufundowało, oferuje także 20% zniżki na wszystkie książki w na stronie wydawnictwa.

Czyli następnym razem  można się wybrać w plener z nową książką.

Wejdź tutaj na stronę Wydawnictwa RM, wybierz książki i wpisz w kasie rabatowy kod: czerwiec2017, by otrzymać rabat. Kod ważny jest do 14 czerwca.

Ja jestem w posiadaniu obu książek i albo je po prostu przeglądam, albo wykorzystuję z nich wzory.


Ostatnio modny zrobił się len. Trochę to dziwnie brzmi, że się zrobił, bo przecież len to chyba najstarsze włókno, którego początki sięgają aż 7500 lat przed naszą erą.
Już w starożytnym Egipcie zaczęto wyrabianie lnianych tkanin. Ale mi będzie się on zawsze kojarzył ze staropolską wsią bliską natury i bez dodatków syntetycznych.

Co prawda dodatkiem syntetycznym dzisiejszych włóczek naturalnych są sztuczne barwniki. Ale kto wie, może kiedyś natrafię na len farbowany organicznie.

Póki co trafiłam na Puro Lino, które na len spotykany do tej pory jest dość grubą nitką. I miękką. Spotkałam się wcześniej  z lnem twardym jak sznurek, ale Puro Lino zachwyciło mnie swoją giętkością i połyskiem. A po praniu w gorącej wodzie stał się jeszcze bardziej gładki i lejący jak jedwab.

O ile włóczkowe bluzki latem nie są za moją ulubioną częścią garderoby to len aż się prosi na tę porę roku. Chciałam coś prostego, dlatego, że do lnu moim zdaniem pasuje tylko prostota. Trochę ściegu gładkiego, trochę francuza, kilka narzutów i tak oto powstała letnia bluzka na drutach z lnu.

Trochę zastanawiałam się nad kolorem, ale ponieważ w planie było ukończenie bluzki nad brzegiem morza sprawiłam sobie kolor w barwach właśnie tego morza.

Jest to jedno z moich ulubionych miejsc i jestem naprawdę zadowolona, że w dzień przed wyjazdem udało zrobić mi się zdjęcia. Co prawda smartfonem, ale cóż nie dojrzałam jeszcze do tego, by pakować do bagażu podręcznego lustrzankę z ciężkim obiektywem. Jestem trochę leniwa i wygodna. Wolę spakować dwa kilogramy włóczki, niż dwa kilogramy aparatu fotograficznego.



A teraz trochę danych technicznych.
Włóczka: Puro Lino z Biferno.pl - 260 g czyli prawie 6 motków
Druty: 4 mm
Wzór: mój własny, będzie opis.